W ciągu ubiegłego stulecia przemysł farmaceutyczny wydał olbrzymie sumy na cele marketingowe oraz na finansowanie badań naukowych mających potwierdzać skuteczność jego produktów. Częściowym efektem tego zjawiska jest głęboko zakorzenione przekonanie – wśród pokoleń lekarzy i pacjentów – że główną motywacją firm farmaceutycznych jest wyłącznie poprawa ludzkiego zdrowia. Rzeczywistość jest bardziej złożona: firmy farmaceutyczne są przedsiębiorstwami nastawionymi na zysk, a udokumentowane przypadki selektywnego raportowania wyników badań i konfliktów interesów pokazują, że interesy komercyjne bywają w praktyce nadrzędne wobec interesu pacjenta. Nie oznacza to jednak, że większość badań nad skutecznością leków jest sfałszowana – to zbyt daleko idące uogólnienie. Prawdą jest natomiast, że istnieją konkretne, udokumentowane mechanizmy, dzięki którym wyniki badań mogą być przedstawiane w sposób korzystniejszy dla producenta, niż wynikałoby to z pełnych danych. Warto się im przyjrzeć.
Tuszowanie wyników badań
Wyobraź sobie hipnotyzera, który ogłasza na swojej stronie internetowej, że w ubiegłym roku wszyscy palacze, których leczył, wyszli z nałogu. Bez wątpienia szybko zostałby zasypany nowymi pacjentami chętnymi do skorzystania z jego pomocy. Ale co, jeśli pomimo jego twierdzeniom, okaże się, że jedynymi pacjentami, o których wspomniał, byli tak naprawdę tylko ci, którym rzeczywiście udało się rzucić palenie? Jego nowi pacjenci bez wątpienia poczuliby się oszukani, gdyby dowiedzieli się, że przemilczał tych, którym się nie udało.
Niezgłaszanie negatywnych lub nieistotnych statystycznie wyników badań klinicznych było przez dekady realnym problemem w przemyśle farmaceutycznym i w środowisku akademickim. Dlatego w styczniu 2013 r. z inicjatywy organizacji Sense about Science, dr. Bena Goldacre’a, BMJ, James Lind Initiative oraz Oxford Centre for Evidence-Based Medicine powstała kampania „AllTrials”, której celem było wprowadzenie zasady rejestrowania i publikowania wyników wszystkich badań klinicznych – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. W momencie startu kampanii szacowano, że wyniki ponad połowy przeprowadzonych dotąd badań klinicznych nigdy nie zostały opublikowane. Mimo że kampania doprowadziła do realnych zmian regulacyjnych w wielu krajach, problem nie został w pełni rozwiązany – część instytucji badawczych i firm nadal nie udostępnia w pełni historycznych danych. Wciąż więc nie wiemy, ile wyników badań klinicznych zostało w przeszłości zatajonych tylko dlatego, że nie wykazały spodziewanego efektu.
Naukowcy na liście płac

Bardziej subtelnym sposobem wpływania na wyniki badań jest finansowanie przez firmy farmaceutyczne instytucji i naukowców, którzy te badania prowadzą. Taki układ może – nawet nieświadomie – wywoływać oczekiwanie uzyskania wyniku korzystnego dla sponsora, ponieważ konsekwentnie negatywne wyniki mogą skutkować utratą finansowania w przyszłości.
Dobrym przykładem złożoności tego problemu jest głośna metaanaliza opublikowana w czasopiśmie The Lancet w grudniu 2015 r. (Ettehad i wsp.), która objęła 123 badania kliniczne z udziałem ponad 613 tysięcy pacjentów. Autorzy stwierdzili, że intensywniejsze obniżanie ciśnienia krwi zmniejsza ryzyko zawału serca i udaru nawet u części osób z ciśnieniem w granicach normy, i sugerowali rozszerzenie grona pacjentów kwalifikujących się do leczenia hipotensyjnego. Publikacja odbiła się szerokim echem w mediach na całym świecie.
To, o czym rzadko wspominały relacje medialne, to fakt, że część badaczy zaangażowanych w tego typu duże metaanalizy kardiologiczne deklaruje w sekcji „conflict of interest” powiązania finansowe z firmami farmaceutycznymi – granty badawcze, honoraria za wykłady, zwrot kosztów podróży czy zasiadanie w radach doradczych koncernów. Warto podkreślić, że informacje te są zwykle jawnie ujawniane w samej publikacji naukowej, zgodnie z wymogami czasopism – problemem nie jest więc ich ukrywanie przez badaczy, lecz to, że media relacjonujące takie wyniki niemal nigdy nie wspominają o tych powiązaniach, przez co czytelnik nie ma szansy samodzielnie ocenić potencjalnego wpływu sponsora na interpretację danych.
Podkoloryzowanie wyników badań
Wracając do przykładu hipnotyzera: załóżmy, że miał 100 pacjentów, z których 12 rzuciło palenie. Jeśli przyjmiemy, że bez żadnej interwencji sukces odnosi zwykle około 6 procent osób próbujących rzucić nałóg, to wynik hipnotyzera oznacza wzrost o 6 punktów procentowych w liczbach bezwzględnych (z 6 do 12 procent). To rzetelny sposób prezentacji danych.
Gdyby jednak hipnotyzer chciał wyolbrzymić swój sukces, mógłby przedstawić ten sam wynik w wartościach względnych: wzrost z 6 do 12 procent to podwojenie skuteczności, czyli wzrost o 100 procent. Taka liczba brzmi dużo bardziej efektownie w reklamie, mimo że opisuje dokładnie to samo zjawisko.
Podobny mechanizm występuje w prezentacji wyników badań klinicznych nad lekami. W badaniu opublikowanym w 2011 r. w Archives of Internal Medicine (Boutron i wsp.), przeanalizowano streszczenia wszystkich randomizowanych badań klinicznych opublikowanych w sześciu czołowych czasopismach medycznych między 1 czerwca 2008 r. a 30 września 2010 r. Wśród 157 badań z pozytywnym wynikiem, aż 69, czyli 44 procent, przedstawiało rezultaty w streszczeniu wyłącznie w wartościach względnych, bez podania danych bezwzględnych. Gdy takie wyniki trafiają do mediów w formie procentowego „wzrostu skuteczności”, naturalną konsekwencją bywa zawyżone postrzeganie korzyści z danego leku przez lekarzy i pacjentów.
Dobór grupy badanej i selektywne raportowanie danych
Była redaktor naczelna New England Journal of Medicine, dr Marcia Angell, w swojej książce z 2004 r. „The Truth about the Drug Companies” (pol. „Prawda o firmach farmaceutycznych”) opisuje dwie kolejne techniki, którymi – jej zdaniem – posługuje się część przemysłu farmaceutycznego. Pierwsza polega na rekrutowaniu do badań klinicznych głównie młodszych, zdrowszych uczestników, nawet gdy docelowymi odbiorcami leku są osoby starsze, które statystycznie doświadczają więcej działań niepożądanych – dzięki temu lek w badaniu wypada bezpieczniej, niż będzie w praktyce klinicznej. Druga technika to publikowanie tylko tej części zebranych danych, która przedstawia lek w korzystnym świetle, z pominięciem pozostałych wyników.
Warto zaznaczyć, że tezy Angell, choć oparte na jej wieloletnim doświadczeniu redakcyjnym, bywały też krytykowane przez część środowiska medycznego jako zbyt kategoryczne i jednostronne. Nie umniejsza to jednak faktu, że opisywane przez nią mechanizmy – dobór populacji badanej czy selektywna publikacja danych – są realnymi, znanymi w metodologii badań klinicznych zagrożeniami dla rzetelności wyników, przed którymi ostrzegają również niezależne od przemysłu instytucje, takie jak Cochrane Collaboration.
Naturalna ochrona zdrowia jako uzupełnienie, nie zaprzeczenie farmakoterapii

Powyższe przykłady pokazują, że mechanizmy stosowane niekiedy przez przemysł farmaceutyczny – selektywne raportowanie wyników, konflikty interesów, prezentacja danych w sposób korzystny dla sponsora – są realnym problemem, który powinien skłaniać lekarzy, pacjentów i twórców treści zdrowotnych do krytycznego czytania doniesień naukowych, sprawdzania źródeł finansowania badań i szukania danych w wartościach bezwzględnych, a nie tylko względnych.
Nie oznacza to jednak, że farmakoterapia jako taka jest bezwartościowa, ani że jedynym wyjściem jest całkowite odrzucenie leczenia farmakologicznego na rzecz podejść naturalnych. Znacznie bardziej uzasadnione jest stanowisko, że profilaktyka oparta na żywieniu, stylu życia i medycynie funkcjonalnej powinna być traktowana jako uzupełnienie – a w wielu przypadkach chorób przewlekłych także jako pierwsza linia interwencji – obok, a nie zamiast, odpowiedzialnie stosowanej farmakoterapii.
Skala problemu chorób przewlekłych pozostaje przy tym ogromna. Według szacunków Światowego Forum Ekonomicznego i Harvard School of Public Health z 2011 r., łączny koszt gospodarczy pięciu głównych chorób przewlekłych – chorób sercowo-naczyniowych, nowotworów, przewlekłych chorób układu oddechowego, cukrzycy i zaburzeń psychicznych – może sięgnąć 47 bilionów dolarów w skali globalnej do 2030 r. To pokazuje, jak duże znaczenie ma inwestowanie w profilaktykę i edukację zdrowotną już dziś – niezależnie od tego, jak ocenimy praktyki poszczególnych firm farmaceutycznych.
Wniosek nie jest więc taki, że trzeba wybierać między „naturalnym zapobieganiem” a „bankructwem systemów opieki zdrowotnej”, lecz że krytyczne, oparte na dowodach podejście do informacji zdrowotnych – niezależnie od tego, czy pochodzą one z przemysłu farmaceutycznego, czy z ruchów promujących medycynę naturalną – jest warunkiem koniecznym podejmowania świadomych decyzji zdrowotnych.




Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.